Dalibor Stevanović: – Nie życzę tego największemu wrogowi…

 Jeśli dwaj goście, którzy prawie nie grają rujnują atmosferę w 25 osobowej grupie, to muszą być naprawdę dramatycznymi ludźmi. To co piszą ci dziennikarze to gówno prawda. Wiem, co czuję i wiem w jakim celu trafiłem do Wrocławia. Nie po to, by rujnować zbudowaną tu drużynę. Tak jak mówiłem wcześniej, nie chcę oceniać piłkarzy, trenera i kogo tam jeszcze. Myślę, że problemy tego zespołu dotyczą dalszej przeszłości – mówi pomocnik Śląska Wrocław, Dalibor Stevanović. O problemach Śląska, nauce języka i latach spędzonych poza ojczyzną…

– Jesteś we Wrocławiu od trzech miesięcy. Do Polski jechałeś w ciemno, czy może wiedziałeś coś więcej o tym kraju?
– Zbyt dużej wiedzy nie posiadałem. Wiedziałem, że Polacy są dużą europejską nacją, w większości wyznają tą samą religię co my, Słoweńcy. By dowiedzieć się nieco więcej zadzwoniłem do Andraża Kirma, który bardzo zachwalał życie w Polsce. Rozmawiałem także z Rokiem Elsnerem. Co mogę powiedzieć? To normalny cywilizowany kraj, czego doświadczyłem po niedługim pobycie.

– A jak tam twój polski po trzech miesiącach od transferu?
– Mogę powiedzieć, że w miarę nieźle. Wciąż nie mam… znaczy się, miałem jedną 45 minutową lekcję w ciągu dwóch miesięcy pobytu.

– Tylko jedną?! Tutaj w klubie? To przecież nie idzie się nauczyć nawet zwrotów powitalnych…
– Tak, od teraz muszę rozpocząć naukę na poważnie. Codziennie przyswajam słówka, dużo rozumiem, ale nieco gorzej jeszcze z mówieniem. Choć posługuję się rodzimym językiem należącym do grupy słowiańskich, stąd nauka będzie nieco ułatwiona.

– Rok Elsner jest dobrym nauczycielem podczas treningów i zgrupowań?
– Nie za bardzo, ponieważ komunikuję się z nim po słoweńsku. No chyba że padnie podczas zajęć słówko, którego nie rozumiem, wtedy mogę liczyć na jego pomoc. Ale wiadomo, jak to jest, języki słowiańskie są do siebie niezwykle podobne.

– Wiesz dlaczego wypytuję cię o te języki?
– Nie…

– Rok Elsner potrzebował nieco ponad sześciu miesięcy na opanowanie polskiego. Andraż Kirm przebywa w Polsce od niemalże trzech lat, a wciąż nic nie może wydukać w naszym języku.
– Z tego co mi wiadomo, Rok uczęszczał na prywatne lekcje. Nie jestem pewny, czy zapewnił to sobie także Andraż. Raczej nie. Wiesz jak to jest, niektórzy ludzie mają niezwykłą zdolność do nauki języków obcych. Może „Roki” jest nieco bystrzejszy od Kirma? (śmiech)

– Porozmawiajmy o piłce. Co się dzieje ze Śląskiem w 2012 roku?
– Nie wiem, naprawdę ciężko jednoznacznie coś stwierdzić. To trudna sytuacja, miało miejsce kilka dziwnych spraw. Nie jestem tu po to, by cokolwiek lub kogokolwiek osądzać. Przyjechałem do Wrocławia w jasnym celu, by pomóc drużynie jakkolwiek tylko mogę.

– Dziwnych spraw? Jak chociażby nagranie trenera, które wyciekło do sieci?
– Chociażby. Nie mogę nic o tym powiedzieć, ponieważ prawdopodobnie zabolało to niektórych chłopaków. Ale to się nie zdarzyło teraz, to już przeszłość. Mnie akurat wtedy w klubie nie było, miałem wysoką gorączkę i byłem zwolniony z zajęć. W 50% nie wiedziałem o co chodzi.

– Zostało jeszcze drugie 50%. Jak drużyna podeszła do tej sytuacji?
– To trudna sprawa, nie chcę o tym mówić. Jeśli mnie rozumiesz, to wiesz że takie sprawy nie powinny wychodzić na zewnątrz. Wszystko wyjaśniliśmy w szatni.

– Prawdą jest, że tak ciężko jak w Śląsku to jeszcze nie trenowałeś?
– Ciężko było, ale program treningowy leży w zakresie trenera, więc nie mnie go oceniać. Prawdą jest, że odczułem te zajęcia, szczególnie na siłowni. Ale to szkoleniowiec decyduje i do niego należy ta działka.

– A czujesz, że jesteś w dobrej formie? Przed pierwszym spotkaniem z Ruchem zostałeś na murawie wraz z asystentem, by w sprincie pokonać kilka długości boiska.
– Zaraz po meczu z Legią odniosłem kontuzję kolana i złapałem gorączkę. Nie trenowałem z zespołem prawie trzy tygodnie i może gdzieś ta forma uciekła. Teraz ćwiczę już na pełnych obrotach, także na siłowni. No i oczywiście do tego wszystkiego dochodzą interwały wzdłuż boiska, które tylko i wyłącznie pomogą mi w czasie meczu.

– Pojawiają się opinie, że dwaj nowi piłkarze Śląska, Stevanović i Patrik Mraz, popsuli atmosferę w zespole…
– Tak? Pierwsze słyszę. Nie mogę się z tym zgodzić. Przecież nie mieliśmy nawet wielu okazji do tego, by odcisnąć swoje piętno na grze Śląska. No może na początku, przeciwko Ruchowi i Legii. Następnie trener dokonał kilku zmian, ale wyniki się już nie zmieniły. A skąd taka opinia? Jeśli dwaj goście, którzy prawie nie grają rujnują atmosferę w 25 osobowej grupie, to muszą być naprawdę dramatycznymi ludźmi. To co piszą ci dziennikarze to gówno prawda. Wiem, co czuję i wiem w jakim celu trafiłem do Wrocławia. Nie po to, by rujnować zbudowaną tu drużynę. Tak jak mówiłem wcześniej, nie chcę oceniać piłkarzy, trenera i kogo tam jeszcze. Myślę, że problemy tego zespołu dotyczą dalszej przeszłości.

– W Wołyniu Łuck byłeś jednym z ważniejszych piłkarzy. To Śląsk jest zespołem lepszym od twojego poprzedniego klubu, czy może ty jesteś w słabszej formie niż jesienią?
– Nie trafiłem do mocniejszej drużyny. Mamy kilku bardzo dobrych zawodników, ale w Wołyniu mieliśmy sześciu, siedmiu wspaniałych Brazylijczyków. Ciężko mi porównać, kto jest lepszy na ten moment. Przypomnę, że rundę rozpocząłem w pierwszym składzie. Grałem przeciw Ruchowi i Legii, ale później trener zdecydował, że ja i Patrik usiądziemy na ławce. Spróbowano powrotu do ustawienia, które przyniosło efekt jesienią.

– Miałeś ledwie 21 lat, gdy trafiłeś do Primera Division. Byłeś jednym z największych talentów w historii słoweńskiej piłki. Czego zabrakło Stevanoviciowi, by zrobić karierę na skalę Zlatko Zahovicia?
– To nie jest trudne do wytłumaczenia. Przez kilka lat nie mogłem zrobić kroku naprzód. Czym to było spowodowane? Dla mnie młodego chłopaka, transfer do Hiszpanii był wspaniałą wiadomością. Czułem się tam świetnie. Zaraz po przenosinach do San Sebastian wywalczyłem miejsce w podstawowym składzie. W ciągu siedmiu miesięcy zagrałem blisko 20 meczów. Jednak drugi sezon w Hiszpanii rozpoczął się dla mnie tragicznie. Doznałem pierwszej poważnej kontuzji, padło na Achillesa. Straciłem aż siedem miesięcy na leczenie urazu, a przez blisko rok nie wystąpiłem w ważniejszym spotkaniu. Po moim powrocie do zdrowia Real Sociedad grał już w Segunda Division.

Hm, suma summarum, powodem były albo kontuzje albo złe wybory. Po co gdybać. Teraz jestem w Śląsku i nie ma się co zastanawiać nad tym, jak ta kariera mogła się potoczyć. Skupiam się na teraźniejszości.

– Najlepsze lata spędziłeś jednak w Holandii. W średniaku ligi Vitesse Arnhem byłeś piłkarzem wielkich meczów. Strzelałeś fantastyczne gole w spotkaniach z Ajaxem i Feyenoordem.
– Gdy wychodzisz na piękny, wypełniony po brzegi stadion, gdzie naprzeciwko ciebie stoją wielcy piłkarze wspierani dopingiem swoich kibiców od razu nabierasz podwójnej motywacji. To były fajne czasy. Mam świetne wspomnienia z Holandii, chyba najlepsze z całej mojej piłkarskiej przygody. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że równie miło będę wspominał Polskę.

– Co cię skłoniło, by wyjechać stamtąd na Ukrainę?
– Mój kontrakt z Vitesse dobiegł końca i nie mogłem dojść z klubem do porozumienia w kwestii przedłużenia umowy. Byłem piłkarzem do wzięcia. W lecie napływały umowy, a ja wciąż nie mogłem podjąć decyzji, oczekując że w końcu odezwie się jakiś klub z wyższej półki. Czekałem i czekałem aż w końcu zamknięto okienko transferowe i wiele drużyn zrezygnowało z poszukiwań nowych piłkarzy. Na początku października trafiłem jednak do Łucka. Spędziłem tam dokładnie dziewięć tygodni. W grudniu wznowiliśmy rozmowy w sprawie podpisania dłuższej umowy. Oferta Wołynia nie usatysfakcjonowała mnie. Choć przyznam, że nigdy się nie spodziewałem, że wyląduję w tym kraju. Zagrałem tam osiem meczów, w zespole czułem się naprawdę dobrze. Z piłkarskiego punktu widzenia to niezłe miejsce, jednak życie na Ukrainie… Nie wiem, czy chciałbym tam jeszcze raz pojechać.

– Grałeś w zwycięskich dla Słowenii eliminacjach do Mistrzostw Świata w RPA. W pokonanym polu zostawiliście między innymi Polskę, Czechy i Rosję. Jak przyjęto ten ogromny sukces w dwumilionowym kraju?
– To było niewiarygodne wspomnienie na całe życie. Stworzyliśmy prawdziwy kolektyw, nasza reprezentacja była grupą przyjaciół. Na boisku, poza boiskiem, to nie miało znaczenia. Cały czas dogadywaliśmy się. Rosjanie w swoich szeregach mieli świetnych piłkarzy, grających w czołowych europejskich klubach. Ale co z tego? Byliśmy lepsi przez 180 minut. Wygrał kolektyw a nie nazwiska.

– Mieliśmy okazję zobaczyć nagranie z twojego wesela. Co cię skłoniło do tego, by zamieścić ten filmik w sieci?
– To nie byłem ja, to sprawka mojej żony. Nigdy bym czegoś takiego nie opublikował, ale wiesz jak to jest z kobietami. Nie robiłem Mirjanie problemów z tego powodu. Skoro bardzo chciała, można to zrozumieć.

– Masz 27 lat, a za sobą bagaż doświadczeń wywieziony ze Słowenii, Hiszpanii, Izraela, Holandii i Ukrainy. Żałujesz czegoś w swoim życiu?
– Wyjazdu do Izraela…

– Dlaczego?
– Byłem tam ledwie trzy miesiące, jednak już po dwóch zacząłem rozglądać się za nowym klubem. Nie życzę największemu wrogowi, by znalazł się w takim otoczeniu. W życiu bym tam nie wrócił. Szaleni ludzie, choć nie mówię tu o wszystkich, ponieważ do wielu znajomych z czasu gry w Maccabi mam wielki szacunek. Podpisałem z klubem roczną umowę, jednak już po pierwszym miesiącu nie otrzymałem wypłaty. To wszystko ciągnęło się jakiś czas. Naprawdę, mam koszmarne wspomnienia. (Stevanović głęboko westchnął) W drugim miesiącu mojego pobytu zniesiono zawieszenie broni między Izraelczykami a Palestyną. Nieopodal nas działała islamska organizacja Hamas, przez Unię Europejską uznawana za terrorystyczną. Walki toczyły się o Strefę Gazy. Żona wraz z czteromiesięcznym synkiem wyjechali do Tel-Awiwu, w którym podobno było bezpieczniej, jednak 30 kilometrów od tego miasta miało miejsce bombardowanie. Rodzina wróciła do Słowenii, a mi po miesiącu od ich wyjazdu udało się opuścić Maccabi Petach Tikwa. Koszmarne chwile, a wokół szaleni ludzie. Nie chcę sobie tego nawet przypominać.

– Zawiało grozą. Na koniec wypada zapytać o twoją przyszłość. Częściej niż w pierwszym zespole występujesz w Młodej Ekstraklasie, chcesz zostać w Śląsku na przyszły sezon?
– Pewnie, że tak. Podpisałem z klubem 2,5-letnią umowę. Chcę osiągnąć sukces z tym zespołem. Jeśli będzie mi dane to poprawić jego jakość i zaprezentować futbol na jaki mnie stać. Fantastyczni kibice, nowy stadion, świetna organizacja – ten klub ma wszystko, czego można wymagać.

Rozmawiał Michał Wyrwa

Reklamy

2 Komentarze to “Dalibor Stevanović: – Nie życzę tego największemu wrogowi…”

  1. Brawo! Swietny wywiad 🙂

  2. Wypowiada się bardzo ciekawie co u sportowców nie jest codziennym zjawiskiem. Jeżeli jeszcze na takim poziomie zacznie kopać piłkę to ma szansę zostać czołowym zawodnikiem Śląska.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: