Waldemar Kasta: – Na samą myśl jestem wzruszony…

Tonem swojego głosu zmotywowałby do zwycięstw nawet Cracovię Dariusza Pasieki. Od blisko czterech lat jego utwór zagrzewa do walki piłkarzy Śląska Wrocław. – Gdyby ten kawałek zaśpiewało 40 tysięcy ludzi, powstałoby prawdziwe dzieło. Na samą myśl jestem wzruszony… – mówi Waldemar Kasta w obszernej rozmowie z Trybuną Śląska.

– Ciężko znaleźć w sieci jakiekolwiek informacje dotyczące bezpośrednio Ciebie i Śląska Wrocław.

– Może nie były razem linkowane aż do ukazania się piosenki, bądź czegoś na kształt nieformalnego hymnu Śląska. Jedni z nim się utożsamiają, drudzy z kolei nie. Moim zdaniem to nie jest hymn. Ten klub już wcześniej go posiadał i śpiewałem na lata przed powstaniem mojego utworu sławiącego Śląsk Wrocław. Natomiast myślę, że nie ma tych bezpośrednich linków, bo one nie są mi do niczego potrzebne. Afiszowanie się herbem WKS-u charakteryzuje wielu kibiców, ale charakteryzuje też tumanów, którzy próbują cokolwiek z tego zrobić. Ja zrobiłem bardzo dużo dla Śląska. Za kulisami, bądź w kuluarach. Bronię honoru tej drużyny wszędzie tam, gdzie się znajduję i wydaje mi się, że jestem upoważniony do tego, by mówić iż jestem kibicem Śląska Wrocław, nawet jeżeli nie mam 110 wyjazdów na koncie. Generalnie ile ich mam to nie pamiętam, nie była to duża liczba. Na stadionie jestem maksymalnie 3-4 razy w sezonie i siadam tam gdzie zawsze, czyli u boku swoich znajomych. To nie jest żadna tajemnica, że na Oporowskiej zajmowałem miejsce na trybunie krytej.

– Wróćmy do afiszowania klubowych barw. Śmieszy Cię sytuacja, gdy na miesiąc przed wyborami politycy zakładają  szalik WKS-u i przychodzą na spotkanie dziesięć minut spóźnieni, byleby tylko zaznaczyć swoją obecność?

– Był taki czas w historii naszej drużyny, gdy wyłącznie miasto rządziło Śląskiem. Wtedy to nie było dla mnie aż tak niesmaczne. Ta właśnie sytuacja doprowadziła do późniejszych ruchów biznesowych, na których Śląsk akurat nie stracił. Jestem o tym przekonany. To już nie tylko dlatego, że Zygmunt Solorz jest także moim szefem i jestem zobligowany tak mówić (śmiech). Absolutnie nie. Wierzę, że poważni biznesmeni nie robią sobie jaj z poważnych biznesów i najpierw doprowadza się do sytuacji, by ten biznes nabrał powagi, a później rozmawia się o kwocie odstępnego. Śląsk trafił bardzo dobrze. Mam wrażenie, że od tej pory w klubie jest stały progres, niezależnie od tego kto był włodarzem i dlaczego. Abstrahując również od tego, że to właśnie politycy zadecydowali bym ja zrobił kawałek dotyczący klubu. To nie jest żadna tajemnica i nie szukałbym tutaj żadnych akcji dywersyjnych. Mówiłem o tym kibicom, mówiłem o tym kolegom. Włodarze miasta mnie o to zapytali i im nie odmówiłem.

Reasumując, śmieszy mnie gdy ktoś afiszuje się przed wyborami. Natomiast absolutnie nie śmieszy mnie, że cały czas spotyka się polityków i ludzi biznesu w różnych sytuacjach życiowych i na różnych imprezach, kiedy bardziej lub mniej afiszują się swoim przywiązaniem do Śląska Wrocław, aż do scen takich, że bardzo poważni biznesmeni śpiewają „Hej Śląsk” w ramówce jakiegoś kanału. Nie mieszajmy sportu z polityką. Jednak warto się zastanowić, czy przychylni drużynie politycy szkodzą jej. Ich poparcie może spowodować progres lub benefit samego zespołu.

– Po Wrocławiu krążyły plotki, że Kasta nieźle zarobił na utworze o Śląsku.

– Oczywiście, że tak. Nigdy tego nie ukrywałem, bardzo dobrze zarobiłem za ten kawałek i nie zamierzam tego dementować. Wiedzą o tym Ci, którzy ze mną go robili, wiedzą o nim wszyscy, bo tego faktu nie mam po co zatajać. Ja nie pracuję za darmo, pracuję za ciężkie pieniądze. Sprzedaję bity za 10 tysięcy dolarów, w związku z tym nie widziałem żadnego powodu, by prezydentowi Wrocławia zrobić ulgę.

– Twoje nagranie debiutu doczekało się przy Oporowskiej przed meczem z Lechią. Ciarki przeszły po ciele?

– Dla mnie to niezapomniane przeżycie. Jestem artystą i muszę wytknąć, że było to fatalnie zorganizowane. Gdyby ktoś pociągnął temat dalej i wyeksponował to lepiej, to karteczki z tekstem mogły się znaleźć na siedzeniach każdego kibica, a dwa tygodnie później zrobić z nich oprawę.

– Masz sobie do zarzucenia coś po nagraniu tego utworu? Przykładowo, że nie był to kawałek, który ludziom „wpada” w ucho.

– Miałem stworzyć wrażenie pompatyczności, rycerskiego patosu, fanfarowego brzmienia mobilizującego do walki. Nie chciałem stworzyć czegoś na kształt nowej „Bogurodzicy”, choć to byłby dobry wzorzec. Najbardziej bałem się odpowiedzialności, która na mnie spoczywała. Przyznasz sam, że jest to jakaś odpowiedzialność? Potraktowałem to bardzo poważnie. Zawsze byłem szczery wobec tego, co robię i wobec ludzi mnie otaczających. Głęboko wierzę, że ta szczerość pozwoliła mi obronić ten utwór. Może się on komuś nie podoba, ale brzmi dokładnie tak, jak go sobie wyobraziłem. Na mnie wywiera emocje. Kilku kolegów pokazywało mi ciarki na ciele i stojące włosy po usłyszeniu nagrania. Uwierz mi, to nie były siostry miłosierdzia. W związku z tym głęboko wierzę, że osiągnąłem sukces. Nie wszyscy opuszczają stadion nucąc mój utwór, ale to nie zmienia faktu, że być może nieźle on motywuje Sebastiana Milę wychodzącego na murawę.

– W poprzednim sezonie piłkarze Śląska odbierali srebrne medale przy akompaniamencie Twojej muzyki.

– Powiem więcej: gdy wychodzili drugi raz, byłem bardzo dumny. W momencie premiery, podczas spotkania z Lechią, sprzęt był tak wadliwy, że nie byłem w stanie dobrze „sprzedać” i obronić utworu. Doskonale zdaję sobie sprawę, jak wyszła ta pierwsza próba. Myślę, że byłoby dużo lepiej, gdybym zaśpiewał go na 40-tysięcznym stadionie. Choć ostatnio go nie puścili. Nie wiem z jakiego powodu, ubolewam nad tym. Może się zdezaktualizowałem? Czy co się stało? Robiłem go dla wszystkich ludzi, którzy myślą tak, jak ja. Przy okazji, okazałem się bardzo proroczy w tekście, który ułożyłem.

– Spodziewałeś się, że piłkarze wyjdą przy muzyce Kasty po wicemistrzowskie wyróżnienie?

– Sprzedałem wszystkie prawa nie miastu Wrocław, a klubowi i Śląsk w pełni może korzystać z tej muzyki. Nie mogę zdradzać warunków umowy. Zastrzegłem jedynie, by nikt inny poza mną nie wykonywał tej piosenki.

– Cofnijmy się nieco dalej w przeszłość. Pamiętasz swój pierwszy raz na trybunie Śląska?

– Pierwsze emocje związane z piłką nożną kojarzę w bardzo prosty sposób: kiedy moi koledzy byli na stadionie, byłem dokładnie obok. Przy ulicy Kruczej był wtedy plac, na którym znajdowało się targowisko i kilka domków do wynajęcia. W jednym z tych domków, dokładnie za trybuną, miałem pierwszą salę prób. Krótko mówiąc, gdy Śląsk grał mecze, ja byłem po drugiej stronie i nagrywałem debiutanckie kawałki. Słysząc wrzawę, wspinałem się na tą górkę i z niej obserwowałem przebieg spotkania. Ciężko mi powiedzieć, który to był rok. I nie chodzi o to, że jestem już taki stary. Śmieszy mnie, gdy ktoś zarzuci „Jak można nie pamiętać pierwszego meczu?!” Stary, ja nie pamiętam co było przedwczoraj, to jak mam sobie przypomnieć sytuację sprzed kilku dobrych lat! Ostatni raz byłem na meczu, który wygraliśmy 4:0. Z kim Śląsk grał? Nie pamiętam. Nie jestem tego rodzaju kibicem i tyle. Z kim my graliśmy? Z Piastem Gliwice?

– Z Arką była „piątka”. Chwila… Jesienią 4:0 z Górnikiem Zabrze.

– Tak, to byłem na Górniku. Ostatni, jaki pamiętam. Byłem jeszcze na meczu przyjaźni z Lechią, a więcej? Jeszcze przynajmniej dwa widziałem z trybun w poprzednim sezonie, ale nie powiem Ci z kim graliśmy.

– Jakieś kibicowskie akcje z młodości miały miejsce? Tagowaliście dzielnice z kumplami?

– Szczerze powiem, byłem hip-hopowcem i to daleko wyprzedziło moją „zajawkę” kibicowską. Kibicujesz, jak niewiele w tym kierunku robisz. Nie obrażam w tym momencie kibiców. Już tłumaczę: początkowo dla Gwardii Wrocław trenowałem judo, później przeniosłem się do Juvenii. Następnie trafiłem do koszykowej sekcji Śląska. Czuję się częścią Śląska Wrocław i nikt mi tego nie zabierze. Właśnie dlatego tacy ludzie, jak Maciej Zieliński uśmiechają się, gdy przychodzi mi się bronić ze swojego kibicostwa. On nie musi, a on doskonale wie, iż ja nie muszę. Stary, ja po prostu jestem „Żyć  umierać za Śląsk”. Nie muszę malować murów, są inni od tego. Ja mogę, zaproszony przez Romka Zielińskiego, otwierać graffiti na Nowym Dworze. Bardzo mnie ucieszył ten gest z jego strony. Romek nigdy nie był moim fanem i szybko zrozumiał, że tu nie chodzi o jakieś gry i wojenki. Jeśli on potraktuje źle Waldka, który jest jego stronnikiem, zaszkodzi drużynie i to nie jest w jego interesie. Otwarcie tej „wrzuty” było dla mnie historycznym momentem.

Wrócę jeszcze do tych meczów. Ogólnie to byłem koszykarzem, więc częściej gościłem na meczach basketu niż piłki nożnej. A jeszcze pamiętam czasy, gdy ci sami kibice spotykali się na spotkaniach tych dwóch sekcji.

– Byłeś już na meczu Śląska na Stadionie Miejskim?

– Na obiekcie byłem wielokrotnie, jednak na meczu jeszcze nie.

– Z opowiadań kolegów, bądź własnych doświadczeń czujesz, że atmosfera tego stadionu odbiega od tej z Oporowskiej?

– Stary, ja pracowałem 600 metrów od Old Trafford. Widziałem już piłkarskie areny, a przy okazji atmosferę podczas ich meczów. Atmosfera Śląska im nie umniejsza, ale jest mniej dojrzała. Nie chodzi o zachowanie kibiców. Dla nas 40-tysięczny obiekt to nowość, w Anglii to codzienność.

Wiesz co, nie sądziłem, że zaraz gdy nagram ten kawałek Śląsk zdobędzie Puchar Ekstraklasy, a kilka miesięcy później będzie czołową drużyną ligi. Wielu ludzi klepało mnie po ramieniu twierdząc, iż jestem prorokiem (śmiech).

– Chciałbyś jeszcze raz zaśpiewać ten utwór, już przed meczem na Stadionie Miejskim?

– Jasne! Gdyby Miasto zapewniło odpowiednie nagłośnienie, to z ogromną przyjemnością! Dla mnie byłoby to niesamowite wzruszenie. Wyobrażasz sobie? 40- tysięcy gardeł krzyczy „Śląsk” zgodnie z tekstem piosenki. Okrzyk nagrywało ze mną stu kibiców, stojących w deszczu. Ja tego nie zrobiłem z jakimiś „pachołkami”, tylko z bardzo oddanymi klubowi ludźmi. Przyszli na nagranie w beznadziejnej pogodzie. A teraz? 40-tysięcy gardeł? Ja bym zwariował… Padł na kolana… Popłakał się! To byłby bardzo emocjonalny związek. Zrobiłem to dla klubu i jest tam cząstka mnie. Gdyby coś takiego zaśpiewało 40 tysięcy ludzi, powstałoby prawdziwe dzieło. Na samą myśl wzruszam się. To byłoby coś niesamowitego! Bardzo bym chciał, natomiast jest to melodia przyszłości…

– Mieszkałeś jakiś czas w Wielkiej Brytanii…

– Blisko pięć lat.

– Podczas spotkania z Dundee w Szkocji widzieliśmy, jaki „głód” Śląska panuje na Wyspach Brytyjskich. Wejściówki na sektor gości rozchodziły się, niczym ciepłe bułeczki. Podczas Twojego pobytu miałeś okazję dyskutować z przedstawicielami Polonii o klubie z Wrocławia?

– Szczerze powiedziawszy, byłem w bardzo silnej grupie z Wrocławia. Było nas blisko 25 osób. Kibice tam, owszem, też chcieliby się posprawdzać. Natomiast skupialiśmy się na tym, by angielskie wyrostki nie próbowały terroryzować nas wszystkich jako Polaków. W związku z tym mi było wszystko jedno, czy to jest gość z Lecha, czy Legii, skoro razem broniliśmy jednego podwórka. Za granicą wszystko nabiera innego kształtu. Marzę o jednej sytuacji, którą opisałem w swoim utworze. „Jestem kibicem, będę kibicem, nie chcę z kibicem po meczu dzielić się zniczem!” Chciałbym kiedyś doczekać sytuacji, gdy do mojej restauracji wchodzą dwaj fani zwaśnionych zespołów obejrzeć razem mecz. Mogą się nienawidzić, ale niech relacje między nimi nie prowadzą do zagrożenia życia. Trochę się skłaniam do takiej paplaniny politycznej, ale my giniemy od różnych skrajności. Jak jesteś prostym chłopakiem, to narzekasz na swojego szefa. Jak jesteś kibicem, masz pretensje do polityka. Jednak zastanów się, czy byłbyś w stanie coś zmienić, będąc na jego stanowisku. Byleby bez społecznej rewolucji. Umówmy się, że ta rewolucja dokonuje się teraz, na naszych oczach. My musimy tak wychowywać społeczeństwo, naszą młodzież, by nie bać się pójść ze swoim dzieckiem na stadion. Rozumiem, że normalny facet nie chce zabrać syna na mecz, ponieważ dalej żyje wyobrażeniami, które go nie dotyczą. Mogą być nieprawdziwe, ale będzie miał pecha i znajdzie się w wirze wydarzeń, do których nie był predysponowany.

– Jednak zamykanie stadionów ani nie rozwiąże rzekomych problemów chuligańskich, ani nie umożliwi normalnemu facetowi zabrać syna na mecz.

– Oczywiście, że tak. Teraz mamy pełną świadomość, że kilka meczów na dużych stadionach odbyło się bez burd. Czyli każdy wierzy w progres. Politycy temu nie pomogli. Jednak ta sytuacja skonsolidowała kibiców i pokazała, że kibice pamiętają o wydarzeniach historycznych. To jest wzruszające: powstania i inne wielkie momenty. Nawet nielubianym drużynom oddaję hołd, gdy zrobią fajny event. Przykładowa opinia: „Nie lubię Śląska, jestem za Arką. Jednak super, że Kasta zrobił Wam taki numer!”  Jak to czytam, myślę sobie: – Gość zdał się na dobry gest.

– Podczas meczu z Legią wrocławianie przygotowali oprawę o żołnierzach wyklętych. Drużyna przegrywa 0:3, a kibice oddają hołd bohaterom wojny. Bez głupich okrzyków, jest ważny moment to musi być mobilizacja.

– Zajebista sprawa. Powiedz, że nie? Jesteśmy głosem pokolenia i mamy na stadionie swoją mównicę. Nie musimy śpiewać „Jebać PZPN”, możemy nadać merytorykę dowolną. To, że potrafimy jebać PZPN wiedzą wszyscy. A niech się teraz dowiedzą o naszym przywiązaniu do historii kraju! Myślmy o tym, by kibice byli dobrze postrzegani.

– Kasta, jesteś blisko mediów. Powiedz, dlaczego takich akcji nie pokazują ogólnokrajowe media w Dniu Żołnierzy Wyklętych?

– Ja odwrócę pytanie: a komu zależy, by propagować fakt, że kibice mają mózgi?

– Nikomu…

– Chcą nas widzieć jako ludzi, co ciągle rozrabiają. Nie chcą dostrzec prawdziwych emocji i podkreślić naszą pamięć o bohaterach. A po drugie: nie zrobiliśmy w ostatnim czasie tak dużo dobrego, co przykryłoby to, co jest złe. Uwierz mi. Są rzeczy, których zwykli ludzie nigdy nie wybaczą. Co z tego, że kibica wiąże się z etosem rycerza, skoro za chwilę dochodzi do bronienia barw. Ktoś chciał tylko zobaczyć piłkarski spektakl, a inna osoba złamała mu nos. Inna sytuacja: zabiera się córkę na mecz, która przy okazji uczy się kolejnych 17 wulgaryzmów. Chcesz mi powiedzieć, nie idź tam z dzieckiem, bo to nie jest odpowiednie miejsce? Nieprawda. Społeczeństwo wyznacza merytorykę przekazu i nie można poprzestać na kilku historycznych oprawach. Trzeba ciągnąć temat. Chcę żeby ludzie zrozumieli, że wśród kibiców są doktoranci, posiadacze trzech fakultetów. Spotykam na stadionie inteligentów, ludzi dorobionych. Żyjemy w demokracji. Winston Churchill powiedział „To jest chujowy ustrój!”, ale nikt lepszego do tej pory nie wymyślił. Jeżeli chcesz coś powiedzieć, powiedz to! Jednak atakowanie czyjegoś życia i zdrowia, nigdy nie znajdzie akceptacji wśród innej społeczności. To, że będziemy nietzschejsko silni  nie gwarantuje nam sojuszy. Można zatem przeżyć mecz Śląsk – Legia?

– Jak najbardziej.

– Można temu nadać sens historyczny poprzez piękną oprawę?

– Można!

– I róbmy tak przez kolejne trzy lata. W końcu ktoś to dostrzeże. Zrobią o tym program w telewizji, niech to będzie jakakolwiek stacja. Skłamałbym Cię, gdybym powiedział, że umknęła mi gdzieś ta oprawa z ostatniego spotkania. Widziałem w jakiejś stacji, ale powiem więcej, została skrytykowana. Wiesz czemu? Uznano, że kibice nie są godni do poruszania takich tematów. Nie ma co walczyć na pięści. Jeśli ktoś dobrze walczy, proponuję mu najlepszą formę sprawdzianu – w federacji KSW. Zapraszam! Nie o to chodzi, że je zapraszam do walki, ponieważ jestem cienki. Jednak polecam najwyższą formę sprawdzianu i ja go tak wycisnę, że albo wyjdzie mu z głowy bycie fighterem albo w glorii i chwale zostanie następcą Mameda Khalidova. Zrób to za pieniądze, dla chleba i igrzysk. A jeśli chcesz, imponując pijanym kolegom, wybić zęba 15-latkowi w innych barwach, to dla mnie jesteś imbecylem nawet, gdy nosisz herb Śląska.

– Szczególnie imponuje Ci jakiś piłkarz WKS-u?

– Czy imponuje? Raczej nie. Wiesz, może jakbym w przeszłości uprawiał piłkę nożną. W dzieciństwie przypominałem na boisku Ronalda Koemana, kopałem futbolówkę od bramki do bramki. Będąc w wojsku grałem z piłkarzami Śląska podczas ich treningów na hali. Oni mieli zajęcia w Leśnicy, a ja byłem chłopcem do podawania piłek. Gdy kogoś im brakowało, ja wchodziłem na boisko. To są niezapomniane czasy. Dużo sympatii z nich pozostało. Nie chciałbym nikogo faworyzować, ale w kalendarzu byłem na zdjęciu z Jarkiem Fojutem. Chyba nie dlatego, że się nie lubimy? Lubię Sebastiana Milę. Kapitan musi umieć podać, strzelić. W sumie wielki kapitan, strzelił bramkę Manchesterowi. Uważam, że sporą odpowiedzialnością jest dzierżenie opaski kapitańskiej. Sam miałem tendencję przywódczą i decydowałem o kierunku podążania grupy. Sebastian nie ma łatwej roboty, a lata lecą i trzeba zaznaczyć swoją bytność. Jest na najlepszej drodze ku temu, by zostać zapamiętanym. Podobnie, jak Maciej Zieliński, który de facto, wrocławianinem nie jest. Poświęcił całe swoje życie Śląskowi i moim zdaniem, należało mu się od klubu nieco więcej.

– „W tej krainie obcy ginie, WKS’ik i się nie wywinie” – nawija Esse w utworze „Wuuuf”. Rozmawiałeś z nim o tym wersie?

– (śmiech) Nie. Ja jestem wrocławianinem z krwi i kości. W żaden sposób nie umniejszam chociażby Tobie. Ja nie mówię sarkastycznie, skąd dojeżdżasz. Jestem dumny ze swojego pochodzenia. Mówiąc to, ten dyktafon tego nie oddaje. Jestem wrocławianinem, byłem nim w każdym zakątku świata! Jestem również przekonany, że jako wrocławianin mam prawo sprzedawać fakt, że jestem kibicem. Nie mówię tu o jakiejś agitacji, bo nie jestem żadnym organizatorem struktur kibicowskich. To moja prywatna sprawa. Równie dobrze mógłbym wspierać Real Madryt, ale powiem Ci ciekawostkę: nie kibicuję „Królewskim”.

– Barcelonie?

– Nie jestem za żadną inną drużyną. Mnie obchodzi tylko Śląsk Wrocław. Co mnie to obchodzi?! Kibicuję Wrocławiowi i wrocławskim piłkarzom. Co z tego, że Messi jest najlepszy i dobrze drybluje? Dla mnie najlepszy jest ten kto ostatnio strzelił. W tym przypadku Cetnarski, tak?

– Ostatnią u siebie. Z Widzewem strzelił Madej. Jakieś docinki od kumpli z innych miast mają miejsce?

– Najczęściej robię to z Legionistami. Nie będę łagodził kibicowskich tematów, ale jak byłem młody Śląsk miał zgodę z Legią. To są kluby wojskowe, wywodzą się z podobnej tradycji. Mieliśmy wiele wspólnego, nie tylko barwy w pewnym sensie. Koleguję się z fanami z Łazienkowskiej, jak chociażby z „Jurasem” Jurkowskim. Jest również Artur Przybysz, koordynator mediów dla KSW. Docinamy sobie bardzo często, ale w formie żartów. Nie wyżywam się także na Guralu, gdy wygrywamy z Lechem. Choć szczerze powiem, że bardziej cieszę się, gdy wygrywa Legia niż „Kolejorz”.

– Myślisz, że Śląsk stać na mistrzostwo Polski?

– Powiem więcej, Pan Orest Lenczyk ich tak uskrzydli, że wespną się na sam szczyt i długo z niego nie zejdą. Nadszedł nasz czas. Głęboko w to wierzę. Można czuć olbrzymią presję, ale oni pierwszy raz od ponad 30 lat są w przededniu sukcesu.

– Ojcem dobrej gry jest Orest Lenczyk, czy może forma tych piłkarzy nagle wybuchła?

– To jest fuzja obydwu tych czynników. Nie mogło być tego sukcesu bez trenera Lenczyka. Zamiast robić wielkie cięcia i zadymę, zostawił starych zawodników, dał im szansę i uskrzydlił. Ma pewne tworzywo i bez tego też sukcesu by nie było. On udowodnił samemu sobie, że z tymi ludźmi można coś osiągnąć.

– Pukasz się w czoło, gdy słyszysz komentarze po meczu z Legią „Lenczyk musi odejść!”?

– Oczywiście, że tak. Jest jedna rzecz, tragicznie głupia, która charakteryzuje Polaków. Pierwszy raz w historii zostawiliśmy jedno ugrupowanie przy tym samym korycie. Pierwszy raz zrobili mądrze, choć nie chcę popierać żadnej partii. Przez cztery lata nic nie da się zrobić, wiesz o co chodzi? Mija kadencja i wszystko od nowa.

Sytuacja jest prosta. Jeśli ktoś nie widzi sukcesu Oresta Lenczyka, to musi być, kurwa(!), ślepy i nie znać się na piłce! Jego praca jeszcze się nie skończyła zaczynać!

– Co myślisz o Wrocławiu na pół roku przed EURO2012?

– To jest bardzo trudne pytanie i nie chciałem byś go zadawał. Jestem z reguły fatalistą z przekonań filozoficznych i realistą ze względu na obserwacje. Bardzo dużo zrobiliśmy, ale to wciąż za mało. Sukces nie ma szans. Jesteśmy obecnie przy ulicy Długiej, a ruch jest ogromny. Nie ma meczu, nie ma żadnego wydarzenia sportowego. Podczas Mistrzostw Europy tymi ulicami będzie jeździć ponad 20 tysięcy samochodów więcej.

– Kilka lat temu śpiewałeś o Wrocławiu jako o peryferiach Europy. W utworze „Globalnie” widzimy zupełnie inną opinię. Żyjemy już w mieście bez barier?

– Od strony dziennikarskiej to bardzo dobrze sformułowane pytanie. Tej analogii jeszcze nie zauważył nikt poza Tobą. Wtedy byłem człowiekiem, który nie mógł się przebić z żadnym pomysłem. Polacy zrozumieli swój kosmopolityczny rytm. Od zarania dziejów byliśmy tyblem kulturowym. Jesteśmy narodem tolerancyjnym, ponieważ byliśmy 300 lat ciemiężeni. Musimy tacy być, nie wyzbywajmy się tej cechy. W ujęciu globalnym przybliżyliśmy się do Europy. Wtedy czułem się, jakbym był na peryferiach kontynentu. Również byłem mniej oczytany i tyle nie podróżowałem. A teraz? Czuję się człowiekiem, który mieszka w Europie.

Rozmawiał MICHAŁ WYRWA

Reklamy

4 Komentarze to “Waldemar Kasta: – Na samą myśl jestem wzruszony…”

  1. Brawo redakcjo! Więcej takich wywiadów.

  2. Wszystko spoko, ale ten utwór Globalnie z Mrozem to straszny gniot

  3. Setny wywiad, aż miło się czytało.

  4. Dobra robota – ciekawy wywiad.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: